A ja wolę moją maaaaaaamę!
Moja na szczęście nie ma włosów jak atrament (WTF?) i pewnie jak każda córunia, uważam, że nie ma lepszej mamy niż moja. W tym roku nie zdążyłam się jeszcze nawet porządnie zastanowić nad prezentem, gdy moja droga Ania wyskoczyła z zarąbistą propozycją. Dogadałyśmy się szybko i mamuśka dostanie dziś bon na sesję foto z córeńką. Wiecie już, jaki motyw wkrótce będzie pojawiać się na każdym skrapie?
Taaa, niezmiernie się wysiliłam. Te warstwy, te media, ta kompozycja. Ale to sesja jest prezentem, więc się rozgrzeszam.
Po ostatnim zastoju rzuciłam się wczoraj na zabawki, wszystko porozkładałam na podłodze i po skończeniu bonu, lepiłam dalej. Dziś niestety od rana nie udaje mi się zrobić choćby jednej udanej fotki kolejnej pracy w sodaliszjusowych barwach. Albo mam dziś w pokoju plamy słońca, albo jakiś turbocień. I wszystko mi aparat przekłamuje. Może jeszcze uda mi się podmienić tego focisza.
W każdym razie zrobiłam zaległego lifta pracy Mony, którą wybrała dla liftonoszek worQshop.
To wybitne dzieło powstało na fali naszej nowej podniety - jeżdżenia po Warszawie kolejką miejską. Dotychczas w życiu nie wpadlibyśmy na taki pomysł. Bo jak? Wejść na te obsikane stacje pełne zakapiorów? Brud, smród i narkomani? Taki widoczek trafiał się jeszcze nie tak dawno. Ale z okazji Euro miasto maluje trawniki, myje stacje, a nawet zakłada windy i uruchamia kibelki. Dlatego bez obrzydzenia wsiadamy w pociąg i przejeżdżamy miasto szybko, jakby to było metro. Szykujemy się na jakąś większą wycieczkę z aparatem, więc już się cieszę na stworzenie albumu.
A po tych szaleństwach sodowych chwilowo miałam dość kolorów. I postawiłam sobie wyzwanie. Po pierwsze - żadnego różu, bo ostatnio chyba zaczęłam przeginać. Po drugie - chociaż nienawidzę beżu, za brązami też nie przepadam, mam trochę materiałów w tym kolorze. Uznałam, że wykorzystam. W sumie nawet nie bolało.
Ten czaderski papier z Makowego Pola właściwie nie potrzebuje już żadnych ozdób. Wystarczyło wybrać fotę, czymś tam ją podkleić i twór gotowy. Czy ja mówiłam, że kocham szparagi do szaleństwa?
Moja na szczęście nie ma włosów jak atrament (WTF?) i pewnie jak każda córunia, uważam, że nie ma lepszej mamy niż moja. W tym roku nie zdążyłam się jeszcze nawet porządnie zastanowić nad prezentem, gdy moja droga Ania wyskoczyła z zarąbistą propozycją. Dogadałyśmy się szybko i mamuśka dostanie dziś bon na sesję foto z córeńką. Wiecie już, jaki motyw wkrótce będzie pojawiać się na każdym skrapie?
Taaa, niezmiernie się wysiliłam. Te warstwy, te media, ta kompozycja. Ale to sesja jest prezentem, więc się rozgrzeszam.
Po ostatnim zastoju rzuciłam się wczoraj na zabawki, wszystko porozkładałam na podłodze i po skończeniu bonu, lepiłam dalej. Dziś niestety od rana nie udaje mi się zrobić choćby jednej udanej fotki kolejnej pracy w sodaliszjusowych barwach. Albo mam dziś w pokoju plamy słońca, albo jakiś turbocień. I wszystko mi aparat przekłamuje. Może jeszcze uda mi się podmienić tego focisza.
W każdym razie zrobiłam zaległego lifta pracy Mony, którą wybrała dla liftonoszek worQshop.
To wybitne dzieło powstało na fali naszej nowej podniety - jeżdżenia po Warszawie kolejką miejską. Dotychczas w życiu nie wpadlibyśmy na taki pomysł. Bo jak? Wejść na te obsikane stacje pełne zakapiorów? Brud, smród i narkomani? Taki widoczek trafiał się jeszcze nie tak dawno. Ale z okazji Euro miasto maluje trawniki, myje stacje, a nawet zakłada windy i uruchamia kibelki. Dlatego bez obrzydzenia wsiadamy w pociąg i przejeżdżamy miasto szybko, jakby to było metro. Szykujemy się na jakąś większą wycieczkę z aparatem, więc już się cieszę na stworzenie albumu.
A po tych szaleństwach sodowych chwilowo miałam dość kolorów. I postawiłam sobie wyzwanie. Po pierwsze - żadnego różu, bo ostatnio chyba zaczęłam przeginać. Po drugie - chociaż nienawidzę beżu, za brązami też nie przepadam, mam trochę materiałów w tym kolorze. Uznałam, że wykorzystam. W sumie nawet nie bolało.
Ten czaderski papier z Makowego Pola właściwie nie potrzebuje już żadnych ozdób. Wystarczyło wybrać fotę, czymś tam ją podkleić i twór gotowy. Czy ja mówiłam, że kocham szparagi do szaleństwa?
